RinasStory – część 24 – Przygotowania na sezon 2013! czyli… TEAM + motocykl

wpis w: RinasStory | 1

Cóż, sezon 2012 dobiegł końca. Koniec z jazdą, czas na odpoczynek. Łącznie zaliczyłem 3 kartingi, 4 Speed-deje. Suma 7 dni treningów. Wisienka na torcie, na koniec sezonu – pierwsze wyścigi i jedna Runda Mistrzostw Polski, z 2 wyścigami – zakończona! 

Sezon zacząłem z czasem 1:59 a skończyłem z 1:46. Jakiś progres był i to cieszyło. Zdobyłem też doświadczenie w postaci pierwszego startu w prawdziwych wyścigach. Chciałem więcej, szybciej, częściej…

Okazało się, że nie tylko ja robię progres i nie tylko ja mam frajdę z coraz szybszej jazdy,

jazdy nie tylko dla przyjemności ale właśnie dla wyniku. Jak to mówią, „najciemniej pod latarnią”. Nie musiałem nigdzie szukać, w sumie to chyba okazja znalazła mnie… Razem kręciliśmy się cały sezon, wspólne wyjazdy na tor, sporo rozmawialiśmy na Forum Motocyklistów. Pomysł wyszedł chyba od Sikora. Maciek, jak to Maciek – 1000 pomysłów na minutę, ciągle coś nowego, czasami ciężko za nim nadążyć 🙂 A więc jego kolejny pomysł, mniej-więcej w stylu…

– Zakładamy zespół. Team. Wyścigowy, ma się rozumieć!

Kurde, ale jak to…? Na początku byłem sceptyczny. Zawodowo jestem aktywny w biznesie, pracuję w sprzedaży. Wiem że każda inicjatywa to masa pracy, ogrom przygotowań, wielki nakład czasu. Miałem na początku wiele wątpliwości, ale w sumie… czy nie tego zawsze chciałem? Czy nie to było moim marzeniem, poczuć się jak prawdziwy zawodnik? Jeździć razem z kimś w „TEAM’ie” ( kurna jak to poważnie brzmi ! ) w takim samym malowaniu motocykla? Robić coś „oficjalnie”? I mieć, albo raczej – jak to zrobić

żeby mieć SPONSORÓW ???

Tak, w sumie to chciałem tego. Nawet bardzo. Od zawsze. Ale nigdy nie wierzyłem, że się uda. A tutaj, okazało się że nie tylko ja tego chcę. Pomysł Sikora od razu podchwycił Sherman. Czyli człowiek-orkiestra. Ścigał się już na wszystkim, m.in. na psich zaprzęgach i samochodami a więc co nieco z rywalizacji już w życiu przeszedł. Do kompanii szybko dołączył Marek, który stwierdził że koniec z katowaniem starej poczciwej Hondy CBR F4i- na której zaczęło mu coraz lepiej iść – i stworzenie zespołu da jemu, i nam wszystkim – nowe możliwości. Nową… przygodę? Czy nie po to żyjemy, żeby coś ciekawego w swoim nudnym ( cytując klasyka – „trudnym na trzeźwo do przyjęcia” ) życiu – zdziałać? Przeżyć? Stworzyć?

No dobra, to bierzemy się do roboty. 4 kolesi którzy o wyścigowych TEAM-ach wiedzieli tyle, ile pokazują na Eurosporcie. Ale kto by się tam tym przejmował. Zaczęło się. Machina ruszyła. Ale zaraz, zaraz. Chwila. MOMENT !!! Pozostaje tylko jedno pytanie…

CZYM JA BĘDĘ JEŹDZIŁ ??? 

Sprawę zespołu, jego nazwy itp. na chwilę zostawmy na boku. W międzyczasie przecież, doszedłem do wniosku że muszę mieć czym się ścigać a moje porozwalane Suzuki średnio się do tego nadaje! Przecież dopiero co miałem konkret dzwona i motocykl jest jako-tako złożony, nawet nie na moich częściach… a trzeba je oddać 🙂 Cóż, po dokładnym rozebraniu sprzęta i analizie strat wyszło ich totalne multum. Między innymi okazało się, że mam… krzywe lagi i na takich jechałem obydwa wyścigi w Poznaniu we wrześniu 2012! Dodatkowo, większość rzeczy była mocno zużyta i porozwalana.

Usiadłem więc z moim magikiem – mechanikiem Waldemarem do poważnej rozmowy.

I po wielu naradach, myśleniu kilka dni i nocy non-stop oraz prawie nerwowej zapaści, doszliśmy do trudnych wniosków. Opcje są dwie.
– albo sprzedaję to co zostało z Suzuki za grosze i kupuję coś nowego
– albo… ALBO! Robimy bardzo ciekawy i innowacyjny projekt, ze starego Suzuki zostaje tylko silnik ( który i tak przerabiamy, mimo że ma już 12 lat  ) oraz rama ale tylko… w kawałku ?!?!?!?!

Waldek podjął wyzwanie, ja podjąłem ryzyko. Bo wiadomo że to przecież ja sponsorowałem pielęgnację i odmładzanie 12-letniego, mocno już skatowanego życiem ale mimo to dalej ochoczego do jazdy motocykla.

OK, co zatem porobiliśmy i jakie męczarnie musiało przejść stare ale jare Suzuki aby nadążać za młodszymi kolegami na torze?
– założyliśmy cały przód od nowej generacji Yamahy R6 – całe lagi z półkami
– zaciski i tarce hamulcowe od R6
– pompa hamulcowa od Suzuki GSX-R 1000
– w silniku sporo zmian, okazało się że mimo wielu lat i tysięcy kilometrów był w dobrym stanie więc co-nieco porobiliśmy z głowicą i daliśmy mega cienką uszczelkę i kosmiczne sprężanie 
– cała elektronika została pocięta i z wiązki została 1/3 może, wywaliliśmy stacyjkę i Suzuki dostała magiczny kluczyk montowany pod siedzeniem
– wydech daliśmy od ZX-10R
– kolektory wydechowe – TYTAN, PANIE !!! FULL TYTAN !!! od Suzuki GSX-R 600 ale K4
– ogólnie, mega – mega Suzuki zostało odelżone – możecie nie wierzyć ale

tego co zostało na złom było… już nie pamiętam, między 10 a 15 kilo – cięte były nawet takie elementy jak tylna tarcza hamulcowa i sporo z ramy zostało usunięte  

WOW! Ciekawe jak to będzie tylko jeździć… ? Zajarany byłem strasznie, nie mogłem doczekać się wiosny. Cała modyfikacja trwała etapami i zajęła 5 miesięcy oraz jednak, niestety – kupę kasy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w ŻADEN ale to ŻADEN stary sprzęt wyścigowy się nie pcha kasy bo to się po prostu, nie opłaca. Ale wtedy o tym nie wiedziałem. I dobrze, bo jak to mówią, najtrwalsza nauka to ta na swoich błędach.

Na sam koniec, malowanie. Jak malujemy? Aha, i jeszcze jedno. Co dalej z tym zespołem? Będzie coś z tego, czy nie będzie ???

Pozostały więc 2 pytania…

TEAM –> chłopaki, kurna – jak my się będziemy nazywać ???

MOTOCYKL –> tylko zaraz, Waldek – zaraz, kurna… czy te Suzuki się w ogóle do czegoś będzie nadawać ???

Odpowiedzi miały nadejść już niebawem. Pewne z nich, zgoła odmienne od oczekiwanych. Ale skąd ja to znam…

🙂

c.d.n. …