RinasStory – część 23 – Pierwsze zawody! ( VI Runda WMMP, 2012 ) cz. 3

wpis w: RinasStory | 2

…OK. Motór – mój dzielny Suzuk stoi. Jeszcze nie wiemy czy działa. Jeszcze nie wiemy czy jedzie prosto. Wiemy tylko, że odpala. I że sędzia zawodów, w nocy o północy – obiecał mi że rano przejdę przegląd…

Idę spać, mam tylko kilka godzin, rano mam swoje pierwsze wyścigi w życiu!

Ale kurde pocę się i pocę. Wiercę i kręcę. Przewracam z boku na bok. Co jest, kurcze blaszka! Chyba nie usnę, to nie wszystko – jak widać. Jak widać, samo złożenie motocykla po dzwonie i położenie się w namiocie spać, nie starcza, aby usnąć snem sprawiedliwego… Niestety. Dopadł mnie i złapał mnie w swoje sidła, omamił i bezlitośnie sprawił że źle się czułem, pewien ktoś…

… ten ktoś, TEORETYCZNIE powinien ze mną być od zawsze.

Od małolata uprawiałem sport. Nigdy w niczym nie byłem wybitny, ale też – nigdy czegoś wybitnie nie trenowałem. OK, grałem dużo w piłkę ale miałem platfusa i nie brali mnie na zawody, mimo że jako-tako grałem. W ping-ponga byłem dobry, jeździłem na zawody lokalne. No ale nic nie zdziałałem. Tak samo jak w piłkę. No dobra ale nałogowo grałem też w kosza. „Kosmiczny mecz” oglądałem codziennie na dobranockę. Jeździłem też na zawody w kosza. Ale rzadko mnie wystawiali, byłem za niski, byli też lepsi… Próbowałem dalej. Jeździłem za zawody w bieganiu. I co…? Byli szybsi. Byłem za wolny !!! A więc wszystko to robiłem na dosyć niskim poziomie. Jedynie na siłowni byłem dosyć dobry, przy wadze 82-83 kg na płaskiej ławce podnosiłem w życiowej formie 160 kilo ( tak, sto sześćdziesiąt ) ale nigdy nie pojechałem na zawody w wyciskaniu. A więc nigdy tak naprawdę nie poczułem, jak działa silny, mocny, dający w dupę…

STRES PRZED ZAWODAMI I ZMAGANIAMI SPORTOWYMI !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Byłem w szoku, myślałem że zrobię to na lajcie. Na luzaczka. Na cwaniaczka. Na warszawiaczka. A jak. Ale…Ale, nie – niestety. Nie uda się tak. Całą noc spałem może ze 3 godziny. Rano wstałem na totalnym stresie. Cały spięty. No nic, OK. Trzeba robić swoje. Trzęsę się cały czas. Nogi mam jak z waty. Ale odpalam Suzuki i wsiadam. Trzeba sprawdzić, czy ten motocykl ogólnie jedzie do przodu… ? Wyjeżdżam na rozgrzewkę, sprawdzić czy wszystko OK. Nie ma przecież pewności czy motur dobrze działa. Składaliśmy go w nocy, po ciemku. No nic. Lecę na rozgrzewkę.

Wyjeżdżam na tor – no i jest lipa; coś dziwnie jedzie moje Suzuki.

W dużej patelni mega mi podskakiwał przód, nie czułem się dobrze. Coś trzepie, coś telepie. Zjeżdżam. Idę do Krystiana. Obczajamy wszystko po kolei ale wychodzi na to że wszystko OK? Dobra, nic nie zmienimy już. Zmieniam przednią oponę na inną, też używaną – ale trochę mniej używaną 🙂 Niestety ale nie wiele opcji zostało. W portfelu goło i wesoło. Z trzech używanych przednich opon została mi jedna najmniej „używana” i tą właśnie zakładm na wyścig. Pamiętam jak dzisiaj. Pierlka Supercorsa. Z tyłu zakładam… NÓWEKS ! Z tym, że

ten nóweks to 5-letni leżakowany Dragon Supercorsa z allegro

a więc model na którym się od kilku lat nie jeździ bo weszły nowe Diablo Supercorsy! Cholera, nikt nawet nie wie jakie tam dać ciśnienie. Ok, dałem chyba 1,9 tył na ciepło. Może da radę. Mam nadzieję. No nic. Co ma być to będzie. Paliwo zalane. Motocykl stoi na stojakach, koce grzeją. Fura gotowa.

A ja… ?

1.5h do wyścigu. Nie umiem sobie poradzić ze stresem. Na zmianę śmieje się, płaczę.

1h do wyścigu. Czuję się jak by mnie za chwilę mieli wysłać na księżyc, w drodze bez powrotu. Nie wiem co się ze mną dzieje.

30 minut… Mówię sobie = Paweł, to tylko głupi wyścig, o głupie kalesony, i tak o nic nie walczysz! Miej przygodę, ciesz się cholera! Wyluzuj!

Pola startowe… Stoję na 13tym miejscu, z przodu na 10tym widzę Sikora. Próbuję się zrelaksować ale mam nogi jak z waty, gardło ściśnięte. Patrzę na mój motocykl. Wszędzie taśma, trytytki, ogólnie wygląd hm… nie bardzo. Nie dodaje mi otuchy.

3 minuty do startu. Bodzio udziela mi ostatnich wskazówek jak startować. Agata mówi mi…
– Dasz radę. Zawsze dajesz!

Minuta do startu. Zostaję sam. Palimy silniki. Czuję się dziwnie. Jak w innym wymiarze. Nie umiem tego opisać. Czuję się jak by za chwilę miał już startować ten kosmiczny jebany prom na księżyc !!!!

30 sekund. Zapalają się czerwone światła.

…i…

… cisza…

Umysł jest pusty. Nie czuję nic.

Totalne zero. Jedyne co widzę to czerwone światła. Zapomniałem o wszystkim. Myślę tylko o tym żeby wystartować. Czekam. Czekam, gasną – i…

START !!!

Ręce pochylone w łokciach, jaja na zbiorniku, kask na szybie. Przypalam sprzęgło, gaz. Puszczam sprzęgło. Nawijam qaz. Kończy się jedynka. Dwójka. Gaz. Trójka. GAZ!!!! Dojeżdżamy do pierwszego zakrętu. Duża Patelnia. prawie 20 chłopa pakuje się na raz w ten zakręt. W życiu czegoś takiego nie widziałem. Wtedy wszystkie znaki na niebie, ziemi i na torze mówią mi, że my nie jesteśmy normalni. Mimo to, pakuję się w ten zakręt.

Podobno jak przejedziesz Dużą Patelnię i Sławiniaka na pierwszym orkążeniu to jest duża szansa, że przeżyjesz.

Trudno. Robię to co reszta. Jak zginiemy, to wszyscy razem. Jak przepadać, to w chwale. Jak krzyczeć, to głośno. Jak jechać, to…

… do mety! Nie wiem jak. Ale dalej to już jakoś, po prostu – poszło. Okazało się, że jak już przeżyję stres przed startem – to sobie poradzę. W wyścigu niesie adrenalina. Nie myśli się za wiele. Po prostu jedziesz. Mózg pracuje na innych obrotach. Nie ma czasu na głupoty a jeżeli masz czas na myślenie o głupotach, to znaczy, że nie jedziesz na swojego maksa.

Ja jechałem na 100 %. Moje własne, prywatne, indywidualne 100 %.

Ostatecznie dojechałem 12-ty na 17-tu z czasem 1:46.405 w 4 kółku. Na starych śmieciowych oponach, i na ( jak się potem okazało ) krzywych lagach i feldze, na starym 11-letnim motocyklu za niecałe 6 tysięcy. Czyli wypisz-wymaluj zestaw „total no-budżet”. Ale mimo to. Nikt mi nie zabrał tego co przeżyłem. I tego jaką miałem radość i satysfakcję…

Satysfakcja – satysfakcją, ale nie ma na nią czasu! Zjeżdżamy z wyścigu Rookie 600 czyli wyższej z klas w której dzisiaj się ścigam…

… a przecież mam tylko 35 minut – tyle ile wyścig Rookie 1000 – i jadę zaraz znowu dalej! Pretendenty czekają !!!!

Tutaj już mniejszy stres, tylko 7 kółek. Startuję z 3 pozycji na 7miu. Ewidentnie pierwszy wyścig zdjął ze mnie bardzo duży ciężar. Zrozumiałem, że to tylko wyścig. Że nie jest aż tak strasznie. I że jest, przede wszystkim – naprawdę fajnie.

Pretendenty – startujemy. Start znowu mam dosyć doby. Widać, rady od Bodzia nie poszły w las. Większość wyścigu jadę trzeci, na koniec walczę z Arturem Syrycą – on mnie atakuje, potem ja mu oddaję – i dojeżdżam na trzecim miejscu. Kurde. Wczoraj bym w to wszystko nie uwierzył i nie postawił na siebie nawet pięć dych. Wywrotka, rozwalony motocykl. Zero szans. Nieprzespana noc. Ogromny stres. Generalnie, nic nie pasowało do kupy. A mimo to…

Drugi wyścig w życiu, jest pudło.

Wiadomo – najsłabsza klasa, najmniejszy prestiż. W sumie, dupa nie prestiż… to bardziej zabawa. Ale co z tego. Chłopak który 9 lat temu wsiadł na motorynkę, spełnił marzenie. Dojechał na pudle w pełnoprawnym wyścigu na pełnoprawnym torze…

Wiele było wtedy pięknych chwil, wiele radości. Cieszyłem się jak szalony. W głowie miałem już setki myśli i wizje kontraktów na milion baksów w MotoGP. A poza tym, gratulacje znajomych, wsparcie narzeczonej Agaty, ogromna radość. Plus przeżycie na własnej skórze wyścigów. Nerwów, stresu. Startu. Wyprzedzania. Adrenaliny. Prędkości… Wtedy zrozumiałem.

Kurde, to jest to. Ja naprawdę lubię się ścigać!

Wtedy zrozumiałem, że stres to nie mój wróg – to przyjaciel. Ale tylko wtedy, jeżeli wyrobię sobie z nim dobrą relację i to ja nim będę kierował, a nie on mną. I wtedy też zrozumiałem, że ja naprawdę chcę się dalej ścigać. Chcę się rozwijać. Chcę zasuwać coraz szybciej. Pozostaje tylko jeden szkopuł. Taki, tam – malutki. Pikuś…

Skąd tu tylko, do Jasnej Anielki, wziąć kapustę…?

Tak się składa, że nie tylko ja o tym myślałem i nie tylko mi chodziło po głowie dalsze ściganie. A kręciło się nas razem koło siebie kilku takich zapaleńców, aż wreszcie pomysł…

Hm…

A może, by tak…

… jakiś zespół – TEAM wyścigowy założyć ?

c.d.n.

🙂