RinasStory – część 22 – Pierwsze zawody! ( VI Runda WMMP, 2012 ) cz. 2

wpis w: RinasStory | 2

… sobota rano. Wstaję. Myju myju, kawa, jajecznica, ubieranie. I zaraz wyjazd. Rozgrzewka, pierwszy wyjazd. W Rookie 600. Ja pierdzielę, ale oni zapierniczają! Mijali mnie ci najszybsi jak bym w miejscu stał. Co ja zrobiłem… to był chyba błąd. Trzeba było na chacie siedzieć a nie szukać przygód! No nic, co poradzić. Rozgrzewka Rookie 600 za mną, czyli tej szybszej klasy. Później rozgrzewka Pretendent – czyli wolniejszej klasy w której mam się ścigać w ten weekend, ale odpuszczam. Wolę chwilę odpocząć. Zebrać myśli, skupić się. A więc po dłuższej, kilku-godzinnej przerwie –

wyjeżdżam na kwalifikacje Rookie 600

Kurde, trzeba się spiąć trochę. Nie chcę narobić siary. Staram się jak się da. Staram się nie myśleć że mam najsłabszy sprzęt w stawce. Moje Suzuki z 2001 roku to zabytek, mało kto ma starszy niż 5-6 lat motocykl a większość to 2-3 latki. Ale nie myślę o tym. Daję z siebie wszystko. Cisnę. I cisnę. I cisnę. I cisnę…

i wycisnąłem, pod koniec sesji – 1:46.573 – yeah!

Nowy personal best, mój nowy osobisty rekord. Mega się cieszę. Dodatkowo, nie jestem ostatni! Jednak miałem tylko chwilę na podniecanie się nowym rekordem, który jest poprawieniem czasu ze Speed-Day’a o ponad sekundę. Za chwilę mam kwalifikacje do Pretendeta, do drugiej klasy! Czasu za wiele na odpoczynek nie miałem i już wtedy zacząłem rozumieć, że mam pewną przewagę nad innymi… kondycję.

Pretendent, kwalifikacje – ruszamy!

Jest nas tylko 7miu zawodników ( w Rookie było chyba 18tu ). Wyjeżdżamy i… zaczyna kropić. Cholera! No nic, chociaż kilka kółek przejechać – może zdążę jakiś dobry czas zrobić żeby się zakwalifikować? Jadę ale coraz bardziej kropi. No nic, widzę że przede mną jakiś koleś na R6 też jedzie. Myślę sobie, on jedzie – to i ja jadę. Wątpię żeby on miał opony deszczowe, po pierwsze wyjeżdżaliśmy jak było sucho, a po drugie – to klasa totalnych amatorów a więc raczej nie ma.

Myślę sobie, totalnie egoistycznie… jak on jebnie – to zjeżdżam. A tymczasem, gonię go. A tymczasem, pada coraz bardziej. Myślę sobie – OK. Ostatnie kółko i zjeżdżam. Prosta pod mostkiem, dojeżdżamy do ostatniego zakrętu i wyjścia na prostą. OK, myślę sobie. Jeszcze jedno kółko i zjeżdżam. Wyjście na prostą. Kurde ale ślisko, hm… Szczyt zakrętu. No i masz, Pawełku. Masz debilu. To co chciałeś.

Kolega jebnął.

Rinas – razem z nim.

Obydwoje, jednocześnie – zaliczyliśmy paciaki na wyjściu na prostą. Cholera. Mój pierwszy dzwoń w życiu na dużym torze. Masakra. Podnoszę się w żwirze, żyję. Cały. Mój pierwszy dzwon w życiu… nie jest to ani miłe uczucie, ani też żadnego doświadczenia nie mam w upadaniu. Ani w podnoszeniu się, po wywrotce. No nic. Wstaję. Mimo że to mój pierwszy dzwon – za to – konkretny. Jak dzwonić, to konkretnie.

Widzę motocykl. Nie jest dobrze.

Mówię sobie – Paweł, jest grubo. Chyba już zakończyłeś swoją pierwszą rundę…

Wygrzmociłem na wyjściu na prostą. Dalej o tym myślę. Dalej to do mnie nie dociera. Wygrzebuję się ze żwiru. Patrzę – jestem cały! Nawet za bardzo nie boli. Szybka od kasku pękła, OK… Czuję że bolą mnie trochę plecy – wywaliłem się na glebę na asfalcie jeszcze i przez ryfle ( próg między torem a żwirem i trawą ) przeleciałem centralnie na plecach. Całe szczęście, że miałem żółwia! Tego samego którego kupiłem jadąc na zawody… Pamiętajcie o dobrym odzianiu się na torze! Ja dzięki temu żyję. Do dzisiaj.

Wracając do tematu. Patrzę na moto, a tutaj… zaraz zaraz, JAKIE MOTO ??? Leży toto porozwalane, główna bryła w jednym miejscu, licznik 20 metrów dalej, owiewki gdzie indziej, reszty nie widzę. No to super. Zwożą mnie na padok i wtedy przerwali kwalifikacje bo tak runął deszcze że nie dało się siedzieć pod namiotem a co dopiero jeździć. I przyszedł do mnie wtedy Krystian „Prędki” Paluch. Którego poznałem na Speed-Day’u i trochę mi podpowiadał, jako że był sporo szybszy.

Krystian – jak wiedzą ci, którzy go znają – to człowiek złota rączka, z plasteliny ulepi łódkę a z trytytek stworzy nową owiewkę – myślę że jest lepszy jak MacGajwer

o czym miałem się przekonać już niebawem. Krystian powiedział tylko 2 słowa, ale w taki sposób że mimo że wszystkie znaki w mózgu i w moim motocyklu świadczyły że to nie może być prawdą, to Krystian w taki sposób powiedział te 2 słowa że zacząłem w nie wierzyć…

– Zrobimy to.

Tyle. Nic więcej. Ja pierdziu, jak? Co zrobimy? przecież pół motocykla NIE MA ???

– Spokojnie, zrobimy to. Jutro pojedziesz.

No to się zaczęło. Najpierw, ja sam – rozebrałem co się da. Trzeba było wszystko umyć, wszędzie był piach i żwir. Trzeba było nawet z opon spuścić powietrze po między opony a felgi nawłaziło żwiru. Potem, hm. Potem, zaczęły się problemy… Potrzebne było:
– licznik
– stelaż przedni pod czache i licznik
– owiewki przód
– owiewki bok do klejenia
– szyba przednia
– zbiorniczek na płyn hamulcowy
– i kilka innych spraw, o których nie pamiętam

Zacząłem biegać po padoku i pytać co kto ma pożyczyć albo sprzedać, ale – zaraz, zaraz – Paweł, HELOU !!! Mamy 2012 rok, nikt nie jeździ na Suzuki K1 z 2001! Ludzie zapomnieli jak to wygląda a co dopiero żeby mieli części ??? Totalna załamka, ale Krystian ciągle twierdził że damy radę. Pojawiła się nawet opcja że szybę zrobimy z… przezroczystego wiadra które kupimy w Castoramie 🙂

No nic, co się dało – zaczęliśmy kleić, na power-tape’a, Krystian wziął wiertarkę która w jego rękach przerodziła się w jakieś magiczne narzędzie które porobiło dziurki we wszystkich połamanych i powyrywanych częściach owiewek, co się dało to się dało ale niestety, reszty nawet Krystian nie umiał ogarnąć. 

NO BO SKĄD WZIĄĆ STELAŻ POD CZACHĘ, SZYBĘ I ZEGARY ???

Zacząłem na szybko szukać gdzieś w Poznaniu na allegro. Ale nic, dupa, zero. I kiedy byłem już blisko depresji totalnej i szykowałem plan na samobójstwo poprzez rzucenie się na prostą start-meta na jutrzejszych wyścigach, pojawił się ON…

MARIAN !!!! Marian z Poznania.

Okazało się, że chłopak ma Suzuki z 2001 roku, nie 600 wprawdzie ale 1000 ale podobno ma pasować co nieco! Jedziemy do Mariana! Rozbieramy jego Suzuki, bierzemy co się da. Szybka akcja w 30 minut i jesteśmy na torze. Jest już póóóóóóźno. Ale Krystian – mimo że nie do końca pasowało wszystko – jakoś to do kupy poskładał. Wyglądało średnio ale chyba działa…?

A tymczasem, po padoku, wieczorkiem, na luziku, być może po jakimś piwerku  ( ale nic nie sugeruję ) spaceruje sobie jeden z sędziów zawodów. Oczywiście, każdy motocykl przed wyścigiem musi przejść kontrolę techniczną, i dostaje nalepkę. Oczywiście, po dzwonie mi ją zabrali. Oczywiście, żeby w niedzielę wystartować, musiałem ją zdobyć… od nowa!

Toteż zacząłem puszczać bajerę do owego sędziego,

on – nie wierząc że „to coś” jest w stanie jechać prosto, ale dokładnie się wszystkiemu przyjrzał i po dogłębnych, trwających ze 30 minut oględzinach powiedział:

– NIE ! nie dostaniesz przeglądu koleżko!

– A czemu…?

– A co masz na kierownicy?

– Nie rozumiem…

– Co masz na końcach kierownicy? Widzisz tam bezpieczne i okrągłe zakończenia, gumę czy coś?

– A no nie widzę…

– To nie da rady. Rurka kierownicy jest ostra i możesz kogoś skaleczyć w razie wypadku. Muszą być okrągłe, miękkie zakończenia.

To lipa. Nie pojadę.

Ale wtedy wkroczył Krystian.

– Biegnij pod podium, poszukaj kilku korków od szampana.

– COOO ????

– Biegnij. Niech Agata Ci poświeci, a Ty szukaj.

Ja pierniczę. Co tu się dzieje. Nie rozumiem nic. Już grubo po północy, chyba już koło 1-wszej. A ja szukam korków od szampana w trawie przy podium !!! Ale ok, znaleźliśmy dwa. Wracamy.

A Krystian je wziął, i

rach-ciach – naciął, przyciął, chuchnął, poczarował i…

wsadził w kierownice. Znaczy się, w końcówki kierownik. W mim zdezelowanym Suzuki.

– Może być, sędzio?

– Może. Przyjdź rano po naklejkę. Podbijemy przegląd. Ale dziwna ta akcja. Chyba mnie rozbolała głowa… idę spać.

– Bóg zapłać.

– Alleluja.

Załatwione. Suzuki stoi. Działa. Chyba…?

Rano się przekonam. Idę spać, mam tylko kilka godzin, rano mam swoje pierwsze wyścigi w życiu!

Ale chyba nie usnę, to nie wszystko. Złapał mnie w swoje sidła, omamił i bezlitośnie sprawił że źle się czułem, pewien ktoś…

Ale o tym już, kolejnym, razem.

c.d.n. 🙂