RinasStory – część 20 – Rywalizacja

wpis w: RinasStory | 1

… no jeździłem sobie, był lekki progres. Coś tam się działo. I wtedy…

Poznałem pewnych kolesi. Poznałem zapach, smak i otoczkę RYWALIZACJI !!!

Znaliśmy się z forum, udało się jakoś zgadać i pojechaliśmy razem na kolejny Speed-Day. Ja, Gsx-r 600 k1. Maciek, na r6 i Jacek, na Gixie k6.

Maciek już kiedyś był w Poznaniu, na starym trupie Suzuki TL 1000 S wykręcając nawet niezły czas. Jacek – był tutaj… NEVER

– Dobra, to co, od razu do gr B, no nie? – mówi Jacek
– Weź się ogarnij… zaczyna się od Ce! – ogarniam go
– Rinas, daj spokój… nie jesteśmy baby! –

Aha…

Dobra, Looos! Niech se idzie, co mnie to. I poszedł.

I, kurna, w trzeciej sesji pojechał 1:52 – już szybciej ode mnie!!! A jest pierwszy raz !!! Jak to !!! A ja już trzeci raz !!!

Cholera… coś tu nie gra? Przecież nie będę najwolniejszy? Dobra, napierdzielam!

Tak się wtedy nawzajem nakręcaliśmy, że człowiek faktycznie myślał tylko o jednym.

Szybciej, szybciej… szybCIEJ… SZYBCIEJ !!!

No i jechaliśmy, coraz szybciej. W połowie dnia wszyscy zbliżyliśmy się do 1:50. Totalna masakra, nie rozumiałem o co kaman? Za szybko przyspieszamy! Chłopaki, spokojniej…

Ale, nikt nie chciał spokojniej. Ani ja, ani oni. Napieprzamyyyy !!! 

Koniec każdej sesji to… ledwo motur zdążył zgasnąć, a już biegnie się do biura, na jednej nodze, w podskokach…

No dobra ale po co…? Jak to, PO CO !!!

PO WYNIKI !!!

Analizy, porównania…
– Aha, Twoje to kółko takie, a moje takie…
– …a jak tutaj pojechałeś, bo ci dobrze poszło?
– … ale zjebałeś! Taki czas? No byś się wstydził !
– Ty, a tam jedziesz na 2 czy 3?
– na trójce na czerwonym OGIEŃ !!!
– Kurde widziałeś, tamten pojechał 1:44 – na pewno ma grzebane…

I tak, bez końca. Fajnie było. Koniec dnia, mój trzeci speed daj w życiu i…

Stało się. Niestety. 1:50 złamane !!!

1:49-coś-tam. Uauauauaaaa szczyt szczęścia, przez 3 speed-deje urwane 10 sekund. Szał, sława, szamotanie pępka. Ale dobra… to chyba zwalniamy, co? Chłopaki?

Ogłupiałeś? Tretujemy!!!

Na drugi dzień udało się pojechać 1:48 – mi, osobiście. Nie wiem jak ale… udało się. I to nawet wiele razy. Maciek na r6 poleciał chyba 1:47, Jacek podobnie. Co tu dużo mówić… jedziemy dalej znowu! Na kolejny Speed-Day!

Za kilka tygodni, znowu razem.

Każdy w jednym celu… bicia swoich rekordów, jechania coraz szybciej!

Tylko to mieliśmy w głowie… Dołączył do nas jeszcze Marek na poczciwej CBR600 F. To był skład.

Założenia? Na kolejny Speed-Day jedziemy nawalać CO NAJMNIEJ na 1:45! A jak! Przecież, teraz awansowaliśmy już do gr. A – a tutaj, wstydu nie ma co robić. Nie wypada! A tutaj, wyjeżdżamy i wszyscy…

… powyżej 1:50 ??? Co jest ??? Coś się zepsuło ???

Fuck it, jeździmy. Okazało się że człowiek to nie maszyna, i nie zawsze ma taką samą formę. Zatem… co zrobić, trza jeździć! A wynik – daj Boże, niech nadejdzie i to z hukiem, inaczej – nasza klęska będzie sromotna!

I przyszedł. Znaczy się, on. Wynik. Na drugi dzień, wszyscy znowu coś poprawiliśmy. Mi udało się drugiego dnia, w 8mej – ostatniej, z 16tu przez 2 dni – sesji ( wtedy były 3 grupy – A, B i C i po 8 sesji dziennie ) pojechać te 1:47 i to kilka razy.

Jesteśmy herosami, naparzamy jak szaleni.

Mamy w sobie tyle energii, ciągle się poprawiamy. OK – coraz wolniej się poprawiamy ale… poprawiamy! Kiedy inni, na wiele Speed-Day’i stoją w miejscu i mielą ciągle ten sam wynik!

Hm… jakoś tak wyszło, jakaś gadka-szmatka, niby o niczym, i wtedy – ktoś wypalił…

– Chłopaki, a może by tak…

… wystartować…

… W ZAWODACH

c.d.n. …