RinasStory – część 19 – in progres… !

wpis w: RinasStory | 1

Pierwszy Speed Day z maja 2012 – skończony z czasem 1:59 – ja tego tak nie zostawię…

Wsiadło mi to do głowy jak jakaś zaraza, jak gangrena jakaś, robak, co tam chodzi i wierci i drąży korytarze. A w tych korytarzach, toruje drogę dla myśli, które wszystkie skupiają się wokół tego samego…

JAK TU – DO JASNEJ ANIELKI – POJECHAĆ SZYBCIEJ ??? 

Cóż… zapewne, jakoś się da – skoro inni mogą, a ulepieni jesteśmy z tej samej gliny? Zacząłem drążyć temat. Oglądać wszystkie filmiki w necie z Poznania, czytać co się da, kupiłem książkę „Przyspieszenie”. Czytałem i udzielałem się na forum motocyklistów, szperałem, grzebałem, szukałem czego się dało. Największy błąd jaki wtedy popełniałem – z perspektywy czasu, to brak kamerki i nagrywania aby móc potem analizować. Oglądają na JuTjubie przejazdy szybszych, mogłem je analizować ale porównywać – już tylko z filmem w mojej głowie.

Zawsze, ale to ZAWSZE zapamiętujemy tylko wycinek prawdy.

Człowiek nie jest i nigdy nie będzie całkowicie obiektywny. Zawsze zapamiętamy NASZĄ-WERSJĘ-TEGO-CO-BYŁO… A niestety nasza wersja nie zawsze jest do końca prawdziwa. Cóż, wtedy – o tym – nie wiedziałem. Szkoda że dopiero za rok kupiłem kamerkę i zacząłem analizować nagrania. Doszedł bym do wielu spraw, wiele wcześniej… Mimo to – najważniejsze, że

Trenowałem!

Na kolejny Speed-Day – pojechałem chyba za 5 czy 6 tygodni ( aż Matka Boska Pieniężna pobłogosławiła ), tym razem – na 2-dniowy. Jak szaleć, to szaleć! Biorąc pod uwagę fakt, że odkładając hajs, oszczędzałem na wszystkim i myślałem tylko o tym kiedy znowu pojeżdżę po Torze – te 6 tygodni to była cała wieczność.

Za drugim razem udało się pojechać 1:54 a więc poprawa o 5 sekund.

Niby sporo, ale dalej długa droga… Jak ja tu dojdę kiedyś chociaż do 1:45 ??? Jedyne co mnie trzymało przy nadziei, to upartość. I wytrwałość. Wtedy nie wiedziałem jeszcze że na wszystko potrzeba czasu, przede wszystkim – czasu. Mimo to i tak poprawiałem się. Może nie z każdym wyjazdem, ba – nawet drugiego dnia czas był gorszy niż 1wszego – ale

jeździłem – kółko, w kółko. Sesję, w sesję…

Ci, którzy wtedy – w 2012 sezonie ze mną jeździli – wiedzą, że potrafię być uparty. Każdą sesję wyjeżdżałem pierwszy i zjeżdżałem ostatni. Nic nie chciałem przegapić, ani milimetra okazji do trenowania. Skoro już tam jestem – to korzystam! Wiedziałem, że wiele mam do zrobienia i jedyne co mnie może uratować do ciężka praca.

Niestety, miałem spore braki sprzętowe. Coś tam działało, coś nie. Zawias czasami ciekł, mimo że po serwisie. Owiewki odpadały, czasami jeździło się bez  Opony – totalny śmietnik, co tam się na allegro znalazło.

KOCE GRZEWCZE??? A CO TO ??

Nie miałem, nie używałem! Dopiero pod koniec sezonu 2012 je kupiłem, z wielkim płaczem bo ja jestem przecież hardkorem! Ja nie potrzebuję! Z czasem jednak zrozumiałem że bez nich się po prostu zabiję. Ale dopiero z czasem. Ten czas jeszcze nie nastał w tym odcinku.

Miałem wtedy na pewno dużo refleksji na różne tematy. Czasami na wyjeździe z padoku na tor, stojąc i obserwując innych stojących ze mną – i widząc, że kolo obok ma moto za 60 koła a ja za 6 – czułem… radość. Że mimo to, że jemu udało się w życiu materialnie więcej niż mi osiągnąć – to jednak, obydwoje mamy FUN.

FUN Z JAZDY, FUN Z… ŻYCIA ?

Jednak, nie tylko to było ważne – nie sam fun, nie same wyniki… Wtedy – naprawdę czuć było atmosferę tego speed-deja, toru, ludzi. Na każdym treningu pełno ludu, każda grupa obsadzona do pełna, totalnie nawalone wszystkiego i wszystkich. Każde sprzęty od A ( prilia ) do Y ( amaha ) – na „Z” chyba nic nie było. Było fajnie. Wieczorem piwko ( wtedy jeszcze piłem alkohol ), rozmowy, gadki. Od rana – jazda. I tak dalej, kto tego nie zna?

Tak się wtedy żyło. Te 2 dni na torze znaczyło więcej niż miesiąc życia. A zbierać na to trzeba było zdecydowanie dłużej niż miesiąc… A jak się już nazbierało, to

na kolejny Speed-Day, wybrałem się z ekipą która – niestety namieszała mi w głowie.

Czułem że zaczniemy coś łamać. Oby nie tylko zasady i kości, ale też…

… czasy?

Poznałem fajnych kolesi. Poznałem zapach, smak i otoczkę…

RYWALIZACJI !!!

Zdrowej, sportowej, zaciekłej ale motywującej – rywalizacji. Ale o tym już, następnym razem.

c.d.n.