RinasStory – część 16 – welcome, Ka1eden…

wpis w: RinasStory | 1

… Tuoniak był GIT ale jednak trzeba znaleźć coś tylko na tor. Cóż, za wielkiego wyboru nie było. Cała zima spędzona na wszelakich aukcjach, kurde ile ja się naszukałem wtedy… Otóż, sprzęty były – a jak, i to przeróżne! Ograniczało mnie tylko jedno…

To jedno, magiczne słowo. Które ma tak wielką moc.

BUDŻET !!!

Miałem skromny budżecik, nazbierałem kilka tysiaków. Tak, wiem. Śmiech na sali. Bo za to można przecież, co najwyżej – dobry skuter kupić! A gdzie dopiero sprzęt torowy… Ale, ALE. Nie takie sytuacje już Pawełek rozwiązywał. Ile kasy jest, tyle jest – trza się rządzić tym co się ma. Na szczęście, pewien znajomy – chłopak z bojową wyścigową przeszłością – wyprzedawał co nieco. Najpierw, sprzedał całkiem fajną r6 za całkiem fajną kasę, mojemu koledze zresztą, Maćkowi – z którym później, jak się okazało – miałem przeżyć wspólnie wiele przygód – na motocyklach od tego samego… sprzedawcy. Kiedy sprzedał swoją R6 – potem, sprzedawał…

Suzuki GSX-R 600 z 2001 roku 

Sprzęt – totalna wydumka. Różne dziwne patenty, malowanie oczojebne, sprzęt stary – ale, jak zapewniał sprzedawca – JARY! Tym bardziej, że podobno sprzęt pojechał 1.44 w Poznaniu – wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy ale wiedziałem że to chyba SZYBKO! A tym bardziej jak na takiego staruszka. Dobra. Czeba robić dila.

Chciał 6200. Ja miałem równo 6 klocków. Zgodził się na 5800. Pozostaje tylko jeden szkopuł…

Fura jest w Bolesławcu, miliard kilosów od Warszawy! OK, ryzykuję. Kupuję moto w ciemno. Po znajomości przywożę kurierem za 150 zeta. Robię przelew.

Miałem 6.000 PLN.

Wydałem… 5.950 PLN. Hahaha… ile razy w życiu tak było, i będzie…

WSZYSTKO NA STYK !!!

Kiedy moto przyszło pod mój rodzinny dom ( ja mieszkałem w Warszawie i nie miałem gzie trzymać dwóch moto ) i kurier Suzukę wypakował, hm… Zadzwonili do mnie i spytali, czy kupiłem coś na zezłomowanie? Delikatnie mówiąc, K1 wyglądała średnio. Ale to nie było istotne. Ważne było, że mogę śmiało wariować, bez stresu !!! Tylko PAIN & GAIN !!!

Kwiecień 2012, pierwszy karting na sportowym motocyklu

Wyjechałem bojowo nastawiony, ale po 3 czy 4 kółkach zjechałem. Nie umiałem tym jechać. Ręce – beton, zero koordynacji, totalna lipa. Wtedy – miałem naprawdę ochotę to sprzedać i odpuścić.

NIE-UMIEM-JEŹDZIĆ-ŚCIGACZEM !!!

A czemu? Otóż, lata na naked-bike’ach i totalnie inna pozycja na motocyklu – wyrobiły pewne nawyki. Na sporcie jedzie się zupełnie inaczej. Inna pozycja, ułożenie ciała, totalnie inaczej. Dodatkowo, przecież na Aprilce sporo już jeździłem po kartingu a więc mam przyzwyczajenia nie tylko z drogi, i ulicy ale i z toru…

No nic. Jak to mówią – chłopaki nie płaczą. Albo chociaż udają, że nie płaczą jak dziewczyny patrzą. A że byłem z Agatą ( wtedy moją dziewczyną, jeszcze nie narzeczoną ) to płakać nie wypada. Bierz się, Rinas, do roboty!

No nic. Uczymy się od nowa. Ile się wtedy nakląłem, napociłem, ile mnie bolały ręce i ile się nerwów najadłem, tylko ja wiem… No nic. Samo się nie zrobi. Trenujemy.

Pojechałem 3 razy na karting – 1 x Radom i 2 x Lublin.

Z każdym kolejnym kółkiem, każdym kolejnym wyjazdem – szło coraz lepiej. Nie ukrywam że głównie dlatego, że…

trenowałem jak pojebany

Na jednym wyjeździe na mały, kartingowy tor – który daje mega w kość kondycyjnie! – jeździłem zawsze najwięcej ze wszystkich, prawie cały dzień. 30 min jeżdżenia, 15-20 min odpoczynku. I dalej, do wyrzygu – od 10 rano do 18. Wiedziałem, że samo się nie nauczy… Wiedziałem, że jakoś muszę nadrabiać stracone lata. Jeżeli chcę cokolwiek szybko pojechać, jeżeli chcę cokolwiek zdziałać – muszę jeździć i trenować dużo więcej niż inni.

No i pewnego razu, po drugiej wizycie na Lublinie na Suzuki a trzeciej ogólnie na kartingu na tym motocyklu – we trójkę, pewien osobnik ( którego mogłem wtedy udusić, był jeszcze czas !!! ) zaproponował…

… a może by, tak…

… POZNAŃ ?

c.d.n. …