RinasStory – część 11 – VFRrrrrrr !!!

wpis w: RinasStory | 3

…zmiany… Poważny związek. Nowa praca, nowy etap. Szukamy mieszkania. Przeprowadzka do 100-lycy, poszukiwania nowego mieszkania, zacząłem pracować w nowym miejscu, dużo ogólnie zamieszania i… lato 2007 zleciało! ZX-6R sprzedałem w kwietniu albo maju. Po sprzedaży było trochę imprezowania za kasę za motocykl, wierzyłem że zaraz odrobię z nawiązką. Potem poświęciłem się wdrażaniu w nowej pracy, plus ogarnięcie mieszkania, plus zaaferowanie poważnym związkiem… A mam dopiero 19 lat! Dużo na raz, za dużo. I nie wiem tak naprawdę kiedy a

prawie cały sezon zleciał bez motocykla!

Jesień 2007, zima 2007/ 2008… Zacząłem poszukiwania. Całą zimę poświęciłem na szperanie w kopalni wiedzy i bezsensu jaką jest JANTARNET i okazało się, że w sumie – jedynym motungiem, który spełni moje aktualne wymagania – jest Honda VFR 800 Fi. Tak też się stało.

Na wiosnę 2008 wziąłem kredyt.

Budżet był ograniczony i napięty jak plandeka na żuku, więc nie można było za bardzo marudzić. Ale mimo to, na wiosnę 2008 – sporo jednak tych motocykli obejrzeliśmy. Oczywiście, sam z kolegą i Agatą – bez mechanika żadnego. NO BO PRZECIEŻ NIKT MNIE NIE OSZUKA ??? Moją „sztunię” wypatrzyłem w Siedlcach. Nie obyło się bez dziwnych sytuacji. Pojechaliśmy po nią małym osobowym busem, ale nikt nie pomyślał, jak ten motocykl… będzie sobie na aucie STAŁ? Żadnych pasów, nic. Toteż całą drogę powrotną mój przyjaciel Maniek z wielkim poświęceniem jechał… i na motocyklu, i w aucie – jednocześnie. Dramat! A w Warszawie, po dojechaniu pod blok okazało się że ciężko motocykl bez najazdu zdjąć ( no bo oczywiście, kto by o tym wcześniej pomyślał? ) i na jakiejś pierwszej lepszej budowie, pożyczyliśmy długiej deski i ogień. Udało się wyjechać.

No i zaczęło się.

Sezon 2008 i 2009 to dla mnie największa ilość przejechanych kilometrów na motocyklu.

I solo, i z pasażerką, i w korkach, i turystycznie. Przez 2 lata natłukłem chyba ze 25.000 km. Sporo, biorąc pod uwagę że pewnie z połowa po mieście.

Jeździłem WSZĘDZIE. Non-stop. O ile się Honda nie psuła – a zdarzało jej się, oj tak – to jeździła. Sporo miałem wtedy krótkich wyjazdów z pracy – gdzieś podjechać, coś załatwić. Czy to na mieście, czy poza Warszawę. Po mieście jeździłem dzień w dzień od marca do listopada – o ile nie padało tak że nie dało się jechać. Praktycznie, nie zsiadałem z Hondy. Aha, czy wspomniałem już, że nie mieliśmy wtedy auta…?  

Zatem, wszędzie – na wczasy, na weekend, na studia

( tak, niestety… poszedłem na zaoczne ) – razem z Agatą, razem na VFR-ce. Kupiłem do niej sakwy i torbę na bak i… wio! Jeździliśmy nad morze – wiele razy, jakieś krótsze trasy po kilkadziesiąt kilometrów, do znajomych.

Co do studiów, na początku żałowałem czasu tam spędzonego – poszedłem na studia pod kątem pracy zawodowej i byłem bardzo rozczarowany że nic nie pokrywało się z tym czego się uczyłem w pracy. Mimo to, z czasem bardzo doceniłem studia głównie z jednego powodu.

Z powodu ludzi których poznałem i kilku przyjaźni które zostały na całe życie

Wiąże się z tym pewna anegdota. Czy wspominałem, że byłem wtedy totalnie łysy, chodziłem dużo na pakernię oraz ciągle w dresach? Dla niektórych wyglądałem groźnie. Zresztą, dresy zostały mi do dzisiaj i są moim ulubionym ubiorem. Ale wracając do studiów. Pochodzę z wielodzietnej rodziny, mam 5cioro młodszego rodzeństwa, ja jestem najstarszy. Oczywiście wyjeżdżając do pracy do Warszawy i wyprowadzając się, rodzina została, wyjechałem sam. Ale nie każdy przecież o tym wiedział, a o tym kto z kim gdzie i jak mieszka – nie zawsze się rozmawia 🙂

Pewna koleżanka,

która ewidentnie mnie nie polubiła i się mnie najzwyczajniej w świecie bała, słyszała kiedyś taką rozmowę mnie z kolegą…

– Pijesz browar? – pyta kolega;

– A jak! Ja to zawsze muszę mieć w domu browar. W lodówce, zimny browar. Obowiązkowo! Ale mam małą lodówkę, 2 półki tylko. Na 1 półce jest jedzenie a na drugiej – browary!

… a koleżanka skojarzyła to z faktem, że w tym domu mieszka 6cioro dzieci, rodzice, i… PÓŁ LODÓWKI ZAJMUJĄ BROWARY??? ALE PATOLOGIA !!!

Szkoda tylko że nie wiedziała, że ja mieszkam sam z dziewczyną a nie z dzieciakami, a lodówka jest mała bo wynajmujemy małe mieszkanie a te browary, to piję kilka w tygodniu a nie dzień w dzień balanga 🙂 No ale mój obraz w jej głowie został stworzony wyraźny. Łobuz, pijak, degenerat. Z czasem jednak… Czas ma magiczne właściwości. Dziewczyna ta została moją przyjaciółką, nie raz jeździła ze mną motocyklem, a na moim ślubie – siedziała zaraz koło mojej żony. Jako świadkowa.

Z czasem browary z lodówki zniknęły. Studia trwały dalej. Motocykl jeździł non-stop.

Wspominam ten czas z naprawdę miłą łezką w oku.

I nawet puszczam w niepamięć kiedy Hondzina mi się rozwalała – słynny regler, 400 km od domu – motur zepsuty w polu w środku nocy ( dziękuję za pomoc dobrym ludziom z VFR-OC Poland ) czy jakieś inne dziwne sprawy. Najgorsza sytuacja to dosyć konkretne zagrożenie mojego życia, kiedy koleś na Toruńskiej chciał mnie staranować i zabić nowym Passatem. Tak we mnie przypieprzył, że… mój crash-pad ( założony dzień wcześniej! ) zrobił mu dziurę na kilka centymetrów w tylnym zderzaku, mnie wybiło całkiem w powietrze i mój kontakt z moto to tylko ręce na kierownicy a całe ciało w powietrzu – myślałem że umrę. On pewnie myślał, że mnie zabije. Całe szczęście, że mi się nie udało. Oczywiście, po zatrzymaniu się

jego żona twierdziła że na pewno mam linkę na szyi i jechałem co najmniej 350

Całe szczęście że policja która przyjechała – była normalna. Dostał koleś mandat. Szkoda, że tylko za wymuszenie pierwszeństwa a nie za… PRÓBĘ ZABÓJSTWA ???

Wtedy tak naprawdę nauczyłem się szybko zasuwać po mieście, i ogólnie – szybko jeździć. Wtedy myślałem że jestem MISTRZEM mistrzów…

… i w głowie zaczęła się pojawiać myśl, że może… jakoś… kiedyś… gdzieś…

na jakiś tor by się pojechało? Kartingowy… ?

Zawsze marzyłem o wyścigach, o torze, i takie tam… Cóż, szukasz okazji, a okazja znajdzie Ciebie!

Moja pierwsza wycieczka na tor, moje rozdziewiczenie torowe – miało nastąpić, już niebawem. A razem z nim,

dosyć mocno podupadł w mojej głowie widok swojej własnej osobistości jako „MISTRZA MISTRZÓW”

To był prawdziwy dramat… Ale o tym już, kolejnym razem.

C.D.N.

🙂