Rinas poleca film: Jazda na krawędzi – TT3D: Closer to the Edge

wpis w: książka & film | 0

Od czego by tu zacząć…

Może od trailera?

Podejrzewam że sporo osób oglądało film. Dla tych co oglądali – trailer co-nieco przypomni. Dla tych co nie oglądali… OK, kliknijcie PLAY – dużo się wyjaśni.

Zacznę od wspomnień

Trailer mamy już za sobą. A więc… Ciężko mi obiektywnie opisywać coś, z czym jestem dosyć mocno emocjonalnie związany. To chyba normalne. Aczkolwiek, mimo wszystko – opisując coś i dzieląc się swoją opinią – zadbać trzeba o obiektywizm. Zanim więc będę musiał się na niego wysilić – wrócę do wspomnień.

Pamiętam to, jak dzisiaj. Nie pamiętam dokładnie który rok, ale chyba 2005 albo 2006 – nie później. „Świat Motocykli” dołączył do swojego papierowego wydania płytkę z filmem. Było to nagranie o wyścigach drogowych na Wyspie Mann – słynne „Tourist Trophy”. Ciężko mi to jakoś sensownie wytłumaczyć, ale oglądałem to non-stop. Strasznie mnie to pochłonęło. Tak samo zresztą jak filmiki o stuncie motocyklowym których dołączali wtedy również dużo. Aż za dużo 🙂 Finalnie, ani stunt’em ani wyścigami ulicznymi się nie zająłem – ale to właśnie filmiki o wyścigach na drogach publicznych, wznieciły we mnie płomień. Ogień. Do wyścigów ogólnie.

Główny bohater

tt3d-1

Guy Martin. Koleś – legenda. Jeden z nielicznych chyba celebrytów wśród motocyklowych kierowców wyścigowych, myślę że śmiało można go porównywać do Valentino Rossiego – to taki Rossi w wyścigach ulicznych. Film zaczyna się od jego monologów, których zresztą w filmie jest naprawdę sporo. Generalnie, cały film kręci się w dużej mierze wokół Guy’a. Czy to wpływa na minus? Na pewno nie. To tak barwna i śmieszna postać, że aż chce się to oglądać. A zdecydowanie, jego śmieszne teksty między innymi o tym, co robi w busie wieczorami czy jaki ma stosunek do sędziów zawodów – pokazują że ten koleś generalnie się nie czai. Wali prosto z mostu to, o czym myśli. I bardzo dobrze. Daje nam on zatem pierwsze wrażenie i jakiś pogląd na status i „psychiczny” rys, kim jest…

Kierowca wyścigów ulicznych

Kim jest? W większości – człowiekiem jak każdy inny. Mają rodziny, dzieci. Większość ma zwykłe prace czy nawet firmy. John McGuinness – obecnie jeden z najbardziej utytułowanych kierowców ulicznych – sam wiele lat tyrał na budowie zanim udało mu się żyć z wygrywania. Ci kolesie a nawet kolesiówy, bo są też kobiety – wydają się normalnymi, całkiem spoko ludźmi. Spragnionymi życia. Wrażeń. Normalka. Czy aby na pewno normalka… ?

Cóż. Śmiało można powiedzieć jedno. Ci ludzie nie są do końca normalni. Piszę to ja, który sam kilka lat się ścigałem i również nie uważam siebie za do końca normalnego człowieka. Generalnie, normalni ludzie PODOBNO siedzą w domu i piją herbatkę i takich nie-normalnych oglądają w TV i się z nich śmieją. Zaraz, zaraz – ale generalnie, jaka jest definicja normalnego człowieka?tt-3d-closer-to-the-edge1234

Podobno człowiek psychicznie jest zdrowy, jeżeli rozwija się w tych dziedzinach życia, które sprawiają mu radość i przyjemność, a przy tym umie nawiązać więź ze społeczeństwem i nie czyni krzywdy innym ludziom oraz – przynajmniej nie za bardzo – sobie. Czy kierowcy z wyścigów ulicznych nie czynią sobie krzywdy…?

Czynią, czynią. Wiadomo że samo czynienie sobie krzywdy nie jest głównym motywem dla którego ścigają się po zwykłych drogach – to jest po prostu, ta „niechciana” strona tego sportu. Ale mimo to – jak już dzieje im się KUKU – to przeważnie jest to takie kuku, po którym już nigdy więcej żadnego kuku nie będzie. Jak zatem odbierają to…

Rodzina i fani

Film w bardzo ciekawy sposób pokazuje, jak duże wsparcie zawodnicy otrzymują po pierwsze – od rodziny. Ciężko mi powiedzieć na ile to faktyczne wsparcie w 100 % takie samo jak ukazane na filmie, a w jakim stopniu – jest to gierka do kamery. Nie jest to zresztą istotne, bo nawet jeżeli w jakiś sposób było to wyreżyserowane ( w końcu to film a nie nagranie z telefonu wrzucone na snapczata ) to jednak, da się wyczuć że w rodzinie zawodnicy mają naprawdę oparcie. Żony zdają sobie sprawę, ile ryzykują ich mężowie. Niektóre dosłownie – ponieważ… ich partnerzy zginęli na trasie. Mimo to, żyją dalej, nie żałując życiowych wyborów i czerpiąc z życia każdy dzień. Jest to na pewno ciężkie dla członków rodziny – życie i pogodzenie się z faktem, że ktoś bliski – uprawia sport albo zawód ( nie musi być to przecież sport, a np. praca w ryzykownym miejscu / zawodzie ) wysokiego ryzyka. Cóż… podstawą jest chyba właśnie szczerość i jasne ustalenie, o co w tym chodzi. I jakoś się żyje. Może właśnie z powodu i chęci uniknięcia takich sensacji i konfliktów – wielu zawodników, np. sam Guy – są samotni? Jak by nie było. Rodziny i dzieci tych którzy się ścigają – będąc tam z nimi – dając im wsparcie, to raz. Dwa – tworzą atmosferę tego miejsca. A razem z nimi…

… kibice. Fani. A ich tam nie brakuje, o nie. Film pokazuje dobitnie, z jak wielu miejsc na świecie – ludzie potrafią przyjeżdżać na brytyjską wyspę żeby oglądać najniebezpieczniejszy i najszybszy wyścig motocykli na tej planecie. Coś co łączy wszystkich? Zawodników, fanów, mechaników, sędziów, rodziny, wszystkich? Pasja do szybkości i do niebezpieczeństwa. U niektórych jest tak duża, że sami – ryzykują wszystkim i wyjeżdżają na trasę. Innym, wystarczy stać pod płotem i czuć kiedy pędzący motocykl miga w ułamku sekundy a pęd powietrza sprawia, że włosy na głowie mają ochotę wylecieć. Cóż… co kto woli. Każdy znajdzie w tym wariactwie miejsce dla siebie. O ile chce je znaleźć.

Mnie osobiście bardzo zaciekawiły historie dwóch osób. Nie chcę zdradzać za dużo tym którzy nie oglądali. Jedna osoba, to ktoś kto ma bardzo dziwny, dziwaczny wręcz strój i zbiera na nim, od wielu lat już – bardzo dużo… Ale to już w filmie 🙂 Drugi ktoś, to „marszal” – sędzia zawodów – który opowiada, jak wiele lat już jest uczestnikiem ( bardzo bezpośrednim zresztą ) wyścigów na wyspie Mann. Mówiąc to, widać, co w nim siedzi. Masa emocji. Przeżyć. Wspomnienia…

Reasumując, chyba wszyscy tak bardzo kochają wyścigi drogowe – oprócz widowiskowości i emocji jakie to daje – przez główny składnik, odróżniający wyścigi po zamkniętych torach od torów na otwartych drogach – a czynnikiem tym jest…

Ryzyko!

Film w wyśmienity sposób ukazuje, jak gigantyczne ryzyko podejmują kierowcy wyścigów drogowych. Nie będę wnikał w szczegóły. Generalnie, tą recenzją – chciałem przede wszystkim do obejrzenia filmu, zachęcić. Bo na pewno jest on tego wart. c90d8a3013c29479b0e481136fdcec30Dobry film według mnie to taki, który sprawia, że przez chwilę czujemy się przeniesieni – w inny wymiar, w to miejsce które oglądamy na ekranie. Podczas tego filmu, mamy dokładnie takie możliwości – w „bezpieczny” sposób poczuć te ryzyko, które ci ludzie podejmują – wsiadając na motocykl wyścigowy i z prędkościami non-stop między 200 a 300 km/h gnają na centymetry od ścian skalnych, betonowych płotów czy drzew.

Hardkor.

Może właśnie dlatego to robią? Człowiek czuje że żyje, jak czuje że żyje. A najbardziej to odczuwa, jak jest blisko niebezpieczeństwa i – co tu dużo mówić – śmierci. Poza tym, nie oszukujmy się – osoby które ścigają się w wyścigach drogowych, mają bardzo, ale to bardzo obniżone poczucie strachu i lęku. Nawet względem innych kierowców wyścigowych. Po prostu – mniej się boją i umieją totalnie wyłączyć strach. Inaczej, nie byli by w stanie jechać TAK SZYBKO – W TAK NIEBEZPIECZNYCH OKOLICZNOŚCIACH!

Jednak to ich własne decyzje, sami podejmują to ryzyko nikomu nie czyniąc krzywdy. Film ten w świetny sposób to ukazuje. Jak człowiek może realizować swoje pasje i dążenia – nawet jeżeli bardzo niebezpieczne, ale nie czyniące krzywdy innym – w swój własny sposób. Pod tym względem, dokument spisuje się wyśmienicie.

Kamera

Zabiera nas tak naprawdę, w wiele miejsc w świecie drogowych wyścigów. Mamy możliwość poznać dany świat, z każdej prawie strony. Kamera ogrywa temat z perspektywy poszczególnego zawodnika – mamy rozmowy z wieloma różnymi kierowcami. Widzimy wprowadzenie, poznajemy historie wielu z nich. A więc głównych bohaterów – poznajemy dosyć dobrze.

Zaplecze techniczne, mechanicy, garaż – tego jest dosyć mało ale uważam to za plus. Film mimo wszystko jest jednak dla ludzi – ogólnie. A nie tylko dla ludzi którzy uwielbiają wyścigi i motoryzację jako taką. Gdyby wpleść w film 30 minut o tym jak przygotowuje się silnik albo motocykl i jakie są mieszanki opon… Sorry, men. Wiele by na tym film stracił wśród odbiorców nie związanych bezpośrednio z tematem. I dzięki temu że jest uniwersalny, dotarł do większego grona odbiorców a co za tym idzie, idealnie spełnił swoje zadanie – promocja tego sportu i zaciekawienie nim jak największego grona osób.

Mamy też trochę ( znowu nie za dużo ) pokazane, jak zawodnicy szykują się sprawnościowo i kondycyjnie. Rower, siłka, orbitrek czy inne bajery. Ale jest tego dosyć mało. No ale jak wyżej – jest. Chyba nikt nie chce oglądać 15-minutowej relacji, jak któryś z zawodników spala kalorie i poprawia formę?

Osobiście, bardzo podoba mi się ciągły ruch w filmie. To już kwestia montażu. Widać że materiału było naprawdę sporo, i dzięki temu – można było zmontować żywy film, w którym ciągle coś się dzieje a oglądając go, nie mamy wrażenia że to dokument nagrany „na jedno kopyto” – kamera postawiona w 5 miejscach, z każdego po 20 minut i gotowe. Nic z tych rzeczy. No i ostatnie, ale nie najmniej ważne – czyli jak ukazano sam…

WYŚCIG!

Według mnie, perfekcyjnie. Jeżeli ktoś nie zna wyników z tamtego sezonu, może czuć się jakby oglądał na żywo relację z Mann TT. Czuć wszystko. Emocje, wyprzedzenia, pit-stopy, stres, napięcie. Dla mnie bomba.

Film tak naprawdę, warty jest obejrzenia – nawet dla tych, którzy miłośnikami wyścigów drogowych – nie są. Właśnie ze względu na zdjęcia i to jak ukazują one cały świat wyścigów drogowych. Ponieważ kamera ogrywa temat z każdej strony, a reżyser Richard De Aragues pozwala nam poznać opisywany świat – czujemy esencję. Emocje. Da się czuć tą prędkość i adrenalinę.

Rekomendacja

Największa? To chyba fakt, że „Closer to the edge” jest podobno filmem, który sprzedał się w największej ilości – w kategorii filmów dokumentalnych – w całej historii kina brytyjskiego. O czymś to świadczy. I na pewno nie tylko o tym, że Anglicy kochają wyścigi drogowe i wyścigi ogólnie a nawet – motoryzację jako taką. To też. Bardziej według mnie, świadczy to o tym – że film doskonale spełnia kryteria jakie stawiamy przed dobrym filmem dokumentalnym. Chcemy poznać dany świat, daną kulturę czy grupę ludzi. Spróbować ich zrozumieć. A nawet jeżeli nie ciekawi nas to wcale – to zawsze mamy możliwość potwierdzić się w tym przekonaniu po obejrzeniu dobrego dokumentu. Gorzej, jak trafimy na dokument o czymś, co kochamy… Ostrzegam. Jest szansa, że na obejrzeniu jeden raz się nie skończy.

fw

imdb


maxresdefault